Torbiel jajnika

Diagnoza

W trakcie rutynowego kobiecego USG dowiedziałam się, że mam torbiel na lewym jajniku. W pierwszym momencie nie zestresowało mnie to specjalnie, jako że kiedyś już coś takiego mi się przytrafiło i cysta zniknęła po 3 miesiącach antykoncepcji. Usłyszałam jednak od pani przeprowadzającej badanie: „Ta torbiel sama pani nie zniknie. Ma liczne elementy lite i już ma przegrody. Proszę iść z wynikami do lekarza – niech on zdecyduje, czy próbujemy leczyć farmakologicznie, czy od razu bierzemy Panią na stół operacyjny. Dziś już Pani nie zdąży, ale zapisałam Panią na badania krwi. Proszę iść jutro z rana”. „A jakie do badania?” – zapytałam w szoku. „Markery nowotworowe jajnika”.

Pani robiąca USG nie była ani delikatna, ani specjalnie pomocna. Niczego mi nie wytłumaczyła i nie uspokoiła, że taki rodzaj badań to standard i że sama przypadłość często występuje u kobiet. Później dowiedziałam się z internetu, że oznaczenie markerów to mus przy diagnozie torbieli jajnika i sama diagnostyka jest bardzo nieczuła i niespecyficzna, więc w zasadzie wynik nie wystarcza, by orzec, czy to nowotwór. Miałam na szczęście dobry wynik, mieszczący się w normie. Piszę „na szczęście”, bo mimo że wiedziałam, że nie ma pewności, to zrobiło mi się lżej.

Z kompletem badań wylądowałam u lekarza. Kazano mi powtórzyć USG. Poszłam więc już do kolejnego lekarza – poleconego świetnego specjalisty, który bardzo pomógł bliskiej mi osobie. Miałam więc duże zaufanie, że trafnie oceni to coś, co mi rośnie w środku i dobrze przeprowadzi zabieg. Ocenił, że najprawdopodobniej to torbiel krwotoczna lub endometrialna, mierząca 4 na 5 cm. Oczywiście potwierdził diagnozę – konieczna jest operacja i wyznaczył mi termin za miesiąc. Nie chciał nawet przepisać tabletek antykoncepcyjnych, bo powiedział, że i tak nie pomogą. Uspokoił za to, że na jego oko jest szansa, że uratujemy jajnik. Ze skierowaniem do szpitala wróciłam do domu.

Po diagnozie naczytałam się tylu wypowiedzi na forach o tej przypadłości, że wiedziałam już, że to bardzo częste. Nie znalazłam chyba żadnego wpisu o tym, by torbiel sama znikła, ale mnóstwo wypowiedzi kobiet, które już były po operacji usunięcia samej cysty lub nawet jajników, pocieszających się, że nie było tak źle.

Z początku, będąc pod silnym wrażeniem tego, co się stało, zupełnie uległam „wizji” lekarzy i zaczęłam przygotowywać się do operacji. Poszłam do centrum handlowego i zakupiłam sobie piżamę i szlafrok, specjalnie do szpitala. Uprzedziłam w pracy, że będę musiała iść na zwolnienie. Jak przyjaciele pytali mnie, czy jest jakaś szansa, by cysta sama zniknęła, mówiłam, że nie. Powtarzałam za lekarzami, że ten rodzaj torbieli się nie wchłania, tylko rośnie i może się zezłośliwić, więc trzeba zrobić operację. W pewnym momencie zaczęłam jednak interesować się możliwościami wyzdrowienia dzięki metodom naturalnym. No i pomyślałam, że coś jest ze mną nie tak, skoro zaczytuję się w poradnikach motywacyjnych i dbam o własny rozwój, a przy pierwszym lepszym teście wiary we własne siły od razu się wycofuję i biernie poddaję lekarzom.

Dlatego postanowiłam spróbować wyleczyć się sama. Miesiąc, który miałam do operacji całkowicie wykorzystałam na mój autorski program samouzdrawiania:)

Oto skąd czerpałam inspirację:

„Choroby kobiece” Heide Fischer

Ta książka raczej powinna nazywać się – Metody naturalne w leczeniu i profilaktyce chorób kobiecych. Publikacja, wbrew tytułowi, nie skupia się tak na chorobach, jak na holistycznym podejściu do zdrowia i naturalnych sposobach, by je utrzymać lub do niego powrócić. Co ciekawe, nawet ta publikacja nie dawała mi wiele nadziei. Według autorki jej metody nie dają w zasadzie żadnych efektów przy skomplikowanych torbielach jajnika (z przegrodami, elementami litymi). Nie zraziłam się tym i wykorzystałam wszystkie wskazówki ważne przy leczeniu torbieli prostych.

Autorka upatruje przyczyn wielu kobiecych chorób w braku równowagi hormonalnej, a dokładnie dominacji estrogenu nad progesteronem. Estrogenu jest za dużo – i już nawet nie tylko chodzi tu o ciało kobiety, ale o środowisko, w którym żyjemy. Branie tabletek oraz wykorzystywanie hormonów w hodowli zwierząt zostawia przecież ślad w naszym otoczeniu, wydalane nie giną bez śladu tylko przechodzą do otoczenia. Tu koło się zamyka. Dlatego większość metod polecanych w książce skupia się na przywróceniu odpowiedniej proporcji żeńskich hormonów płciowych. Część kuracji należy stosować w określonym momencie cyklu menstruacyjnego, a część jest „dobra” zawsze. Do nich należy spożywanie oleju lnianego oraz/lub siemienia (przy spożywaniu nasion należy pamiętać o piciu wody, ponieważ odciąga to wodę z organizmu). Zajadałam się więc olejem lnianym, dodawałam go do pieczywa, do sałatek, czasami brałam sobie kilka kropel na łyżeczkę. Smak jest specyficzny, ale ja jestem miłośniczką wszelkich olejów roślinnych, więc jadłam z przyjemnością.

Jeszcze ważna rzecz, na którą zwróciła uwagę Ania poniżej w komentarzach, więc uzupełniam informację:) Najzdrowszy i najwartościowszy jest olej lniany budwigowy nieoczyszczony, który najlepiej kupić w aptece. Ja piję ten. Pamiętajcie o przechowywaniu w lodówce:) Co do siemienia lnianego, to mielimy same – takie nasiona też będą o wiele bogatsze w lecznicze składniki, niż kupne mielone siemię lniane.

Autorka wymienia też wiele różnych ziół, z czego ja wybrałam krwawnik i piłam napar średnio co drugi dzień. Spisałam sobie też nazwy leków homeopatycznych, które zdaniem autorki dawały dobre efekty. W aptece udało mi się zamówić Apis 30 (sprawdzajcie przede wszystkim w aptekach homeopatycznych; mi się udało dostać ten lek w aptece przy metrze Służew w Warszawie). I tutaj pojawia się wątek humorystyczny. Farmaceutka, sprawdzając dostępność leku przeniosła wzrok z monitora na mnie i zapytała: „A wie Pani co to jest?”. A ja: „Nie wiem”. – „To sproszkowana pszczoła. Zamówić?”. Ja: „Tak, poproszę… Jedną…”.  Wiedziałam, że przejdzie to do zbioru moich anegdot i zastanawiałam się trochę, czy na tym się rola sproszkowanej pszczoły nie skończy. Potem stwierdziłam jednak – „Co mi szkodzi” – i zaczęłam brać jedną kuleczkę dziennie. W książce “Choroby kobiecie” informacja na temat dawkowania znajduje się na str. 82. Wskazane jest branie jednej tabletki dziennie Apis 30 lub zamiennie Apis – D6 albo D12 trzy razy dziennie jedną tabletkę. Wymieniony jest też preparat Phytohypophyson L (str. 81), ale jego nie stosowałam.

Do wszystkich kuracji miałam bardzo pozytywne nastawienie. Wszystkie lecznicze rytuały traktowałam w sposób królewski, choć na wesoło, wierząc w niezaprzeczalny pozytywny wpływ na moje zdrowie. Komplementowałam olej lniany (co dla mnie nie było trudne, bo, jak już pisałam, uwielbiam tłuszcze roślinne). Przed spożyciem kuleczki z zaklętą pszczołą mówiłam sobie że „oto znakomita pszczoła mnie uzdrawia”. Z krwawnikiem miałam problem, bo mi naprawdę nie smakował, ale wierzyłam w jego działanie, bo również z książki dowiedziałam się, że smak gorzki mają właśnie zioła, przyprawy, czy żywność, która stabilizuje nasze hormony. Gorzki smak starałam się maskować cytryną i miodem.

Z książki „Choroby kobiece” wyniosłam też inspirację do mojej własnej medytacji. Autorka cytuje inną lekarz, która wymyśliła rodzaj wizualizacji, jak odczytywać potrzeby swojego organizmu i dawać to, czego ono potrzebuje. Można wyobrazić sobie pomniejszoną siebie i „wejść” w obszar swego ciała, któremu coś dolega, by zapytać, jak się czuje i czego mu potrzeba. Podobno jeśli tylko zada się takie pytanie samej sobie, od razu pojawia się odpowiedź. Ja zapytawszy o to siebie, usłyszałam, że mojemu ciału brakuje czułości i zrozumienia. Nie będę tutaj wchodzić w szczegóły, ale często nie szanowałam swojego ciała, wierząc, że programując umysł i myśli, zdołam oszukać to, co faktycznie będzie czuć moje ciało. Jesteśmy przyzwyczajeni ślepo wierzyć, że wszystko da się pokierować umysłem. Myślę, że tak w dużej mierze jest, ale nie zapominajmy, że oprócz umysłu, składamy się właśnie z ciała, które momentami tak jakby zupełnie „obok” nas (a raczej obok tego, co sobie kreujemy), przeżywa swój stres, a nawet traumy. Dodatkowo zdałam sobie sprawę, że nasze ciała traktujemy, jak coś, co nam się z góry należy i powinno za wszelką cenę funkcjonować bez zarzutów. Jak zaczęłam nad tym rozmyślać, to bardzo rozczuliłam się swoim sercem, płucami, jelitami, wszystkimi innymi narządami, które pracują niestrudzenie przez te 28 lat mojego życia, jak moi dobrzy wierni żołnierze, którym jeszcze nikt nie podziękował za dobrą robotę. Z fazy obrażenia się na moje jajniki oraz nieufności i strachu, że oto rośnie na nich coś niedobrego i przerażającego, przeszłam do fazy wdzięczności i zachwytu. Pomyślałam, jakie one są cudowne, że tak produkują te komórki jajowe i tak mnie wspierają w tym, bym kiedyś miała potomstwo. I z tej właśnie fazy rozczulenia/rozbawienia powstała moja „Medytacja miłości do ciała”. Codziennie wstawałam rano (i staram się to robić nadal) i przez ok. 3 minuty oddawałam hołd mojemu ciału. Dotykałam się kolejno od twarzy w dół i mówiłam do każdej części ciała, że ją kocham, jej dziękuję i jej potrzebuję. Najdłużej zatrzymywałam się przy jajnikach i, masując sobie podbrzusze, dodatkowo mówiłam im, że będę o nie dbać i obiecuję o nich pamiętać i dobrze traktować. Zawsze robiłam to wszystko w dużym skupieniu, z dużą energią i czułością, ale też trochę z przymrużeniem oka. Myślę, że każdy musi znaleźć swój styl medytacji. Ja czułam się znacznie bardziej sobą trochę sobie żartując z całej tej sytuacji. Dlatego odbierałam ten rytuał bardziej naturalnie i nie zmęczyłam się nim – bo był w całości mój.

Z książki, która jak widać bardzo mnie zainspirowała, dowiedziałam się też, że przy torbielach, która biorą się z nie w pełni sprawnego procesu wydalania, zalecana jest sauna (to też robiłam), okłady z glinki na brzuch (to też robiłam – nie znalazłam glinki leczniczej, więc używałam kosmetycznej), a także dobrze działa ciepło (termofor na brzuchu był dla mnie bardzo przyjemny, tak jak i kąpiele).

Co jeszcze jadłam

Oprócz olejów roślinnych, jestem także entuzjastką warzyw. Przede wszystkim jem potrawy wegetariańskie, ryby, a także lubię Raw-foodowe koktajle. Bardzo wierzę w ideę własnoręcznego wyciskania soków. Średnio co drugi dzień wyciskałam sobie sok z buraków, marchwi i pietruszki (czasami też dodatkowo z selera i jabłka). Nie zapomniałam pijąc to myśleć, ze oto wlewam w siebie uzdrawiające moce warzyw…:. Po pyszne przepisy na soki zapraszam do Moniki z rawolucja.pl.

Dodatkowo, zgodnie z medycyną chińską, która upatruje powstawania guzów i nadmiarów tkanek w zastoju krwi, dodawałam do potraw rozgrzewających przypraw, takich jak imbir i kurkuma. Bardzo w to wierzę, bo po jednym z posiłków mocno kurkumowych, bardzo intensywnie czułam promieniowanie jajnika. Polecam książkę “Odżywianie dla zdrowia” Paula Pitchforda – biblię medycyny chińskiej.

Książki Hildegardy

Fascynują mnie kobiety o zdolnościach magicznych, a Święta Hildegarda z Bingen była swego rodzaju czarownicą średniowiecznych surowych dla kobiet czasów. Zgromadziła ogromną wiedzę z różnych dziedzin. Komponowała muzykę, pisała wiersze, malowała, była wizjonerką i mistyczką i leczyła ludzi za pomocą ziół oraz innych naturalnych metod. Zdecydowałam się na zakupienie kilku jej książek, choć w efekcie końcowym nie przeprowadziłam zalecanych przez niej kuracji przy torbieli jajnika – nacierania podbrzusza kremem fiołkowym. W książkach podana jest ich oryginalna receptura, wykorzystująca łój kozła jako nośnik substancji aktywnych, ale można też kupić jej współczesne kosmetyki, ponieważ doczekały się one swojej marki. Mimo że sama nie wykorzystałam metody Hildegardy, podaję je tutaj – mogą one zainspirować kogoś innego. Polecam przejrzenie spisu treści czy schorzeń przed zakupem.

Ruch

Nie wiedziałam co zrobić ze sportem – ćwiczyć czy nie ćwiczyć. Lekarze mówili, bym ćwiczyła normalnie, ale może trochę mniej się natężała i nie robiła piruetów:) Ja akurat wtedy ćwiczyłam na siłowni oraz Body Combat – czyli chorografię opartą na sztukach walki. Czułam, że nie dopowiadało mi to w danym momencie, bo osłabił mnie stres związany ze schorzeniem, no i czynnikami zewnętrznym. Zaczęłam chodzić na zajęcia łączące pilates oraz jogę – Body Balance. Co ciekawe, doświadczałam na nich silnego wzruszenia. Moje ciało dostawało na nich właśnie tą czułość i spokój, o jakie od dawna chodziło.

Oddychanie

Trafiłam także na inne zajęcia, niekoniecznie sportowe. Wybrałam się na Sesję Oddychania Świadomego z Wiktorem Go. Oprócz tężyczki, która jest jedną z przewidywalnych reakcji, odczuwałam silną blokadę i opór w podbrzuszu właśnie przy oddychaniu przeponowym. Ale w pewnym momencie to ustąpiło i było wyraźnie odczuwalne. Muszę dodać, że przez całą sesją trzymałam się za podbrzusze i chroniłam jajniki:) A po sesji – uczucie rewelacyjne. Mam wrażenie, że ta sesja bardzo mocno przyczyniła się do wyzdrowienia.

Wybrałam się też na zajęcia z tantry oraz warsztaty świadomości/uważności ciała. Polecam bardzo takie warsztaty i wszelkie nowe rzeczy w takich trudnych okresach. Nabywamy nowej wrażliwości i często na zajęciach mają miejsce przełomowe odkrycia, bo dostajemy na nich to, czego najbardziej potrzebujemy.

Stan umysłu. Stan ducha

Jak widać, przez miesiąc od diagnozy do terminu operacji żyłam bardzo mocno skupiając się na swoim zdrowiu. Nie myślałam w zasadzie o niczym innym, bo wszystkie inne problemy, którymi dotychczas żyłam, wydawały mi się zupełnie nieistotne i myślałam, że już chyba nigdy niczym nie będę się już przejmować (co oczywiście jest trudne do osiągnięcia, ale priorytety na pewno się pozmieniały). Bardzo często głaskałam się po brzuchu, starając się, by stresujące sytuacje nie szkodziły jajnikom.

Starałam się wszystko tłumaczyć na swoją korzyść. Ból i kłucie jajnika, opuchnięcie podbrzusza tłumaczyłam sobie „boli, bo zdrowieję”, „kłuje, bo torbiel się zmniejsza” itd. Widziałam, że np. znajomi nie do końca to kupowali, ale ja wierzyłam, że tak właśnie jest. Poza tym w miarę zbliżania się czasu do wizyty kontrolnej przez operacją (na szczęście na wszelki wypadek robi się usg przed zabiegiem), wizualizowałam przebieg wizyty u lekarza. Trochę bałam się tego robić, bo rozczarowanie byłoby silne, ale siłą rzeczy naturalnie mi przychodziło wyobrażenie sobie słów „ale Pani nie ma już tej torbieli”. Noc przed wizytą obiecałam sobie, że jeśli faktycznie padną te słowa, to muszę wszystko dokładnie opisać, bo być może jakaś inna kobieta, czy mężczyzna odnajdzie coś cennego w moich doświadczeniach.

U lekarza usłyszałam dokładnie to, co chciałam usłyszeć. Samym dobrym znakiem było to, że lekarz zupełnie mnie zapomniał i nie przypominał sobie żadnej operacji. Czułam się wspaniale! Dziękowałam Bogu, wszystkim aniołom, które nade mną czuwają oraz moim sprzyjającym duszyczkom, szczególnie jednej [*], która wyraźnie chroniła mnie z góry. Dziś niestety czasami zapominam jaki cud mi się przydarzył, ale staram sobie odświeżać pamięć.

Moje rady:

- Pytajcie znajomych i przyjaciół. Na pewno ktoś z nich będzie miał wiedzę, która może się okazać kluczowa dla Ciebie. Warto opowiadać o swoim problemie.
- Pierwszą naturalną reakcją jest strach przed tym co się wydarzy i przed… samym sobą. Chora część ciała nagle staje się wrogiem, którego się boimy. Jak najszybciej trzeba oswoić się z tą sytuacją i zacząć traktować całe swoje ciało z czułością, jak najlepszego przyjaciela, który przechodzi przez trudniejszy czas.
- Próbujcie wszystkiego, na co macie ochotę, a na pewno intuicja podpowie Wam, co pomaga. W moim przypadku na pewno to było wszystko na raz, ale wyjątkowo silną energię czułam po sesji świadomego oddychania, a także po posiłkach zawierających kurkumę i inne rozgrzewające przyprawy.
- Warto dowiedzieć się czegoś na temat psychosomatyki. Można spróbować zgłębić psychiczne/duchowe podłoże powstania zdrowotnego problemu. Myślę, że to też jest wiedza, którą intuicyjnie posiadamy, ale można np. wesprzeć się dość znaną tabelką na końcu książki Luisy Hay “Możesz uzdrowić swoje życie”.
- No i jeśli udało się Wam, tak jak i mi, poproszę o maila na adres wyzdrowielismy@gmail.com z Waszą opowieścią, którą mogłabym opublikować. Potraktujcie to jako dług wdzięczności i okazję do pomocy innym!:)